instagram

Żeby sądy były wolne, nie mogą być szybkie

Żeby sądy były wolne, nie mogą być szybkie. Dzisiaj mija równo rok postępowania sądowego w przedmiocie wydania odpisu akt sprawy. Sprawa jest szalenie skomplikowana. Po krótce można ją streścić tak: jest wniosek o wydanie akt, trzeba wydać akta sprawy. Na razie jesteśmy po pierwszej rundzie zakończonej wezwaniem do wniesienia opłaty kancelaryjnej.

Każdego dnia tak w życiu zawodowym, jak i osobistym dotykamy kilku do kilkunastu decyzji, w których potrzebna będzie pomoc sądu w rozstrzygnięciu zagadki “co robić”. Właściwie dzisiaj wszystkie decyzje dotyczące podmiotów gospodarczych, wykonywania umów, prawa pracy i ochrony danych, zasad bezpieczeństwa, a także spraw domowych – decydowane są przez sądy. Możliwe że nie zapanujemy nad tym bałaganem, przynajmniej odgórnie. Najpewniej nie powinniśmy, aczkolwiek nie może tak być że sądownictwo otrzymuje tak niewiele pieniędzy przy tak ogromnej liczbie spraw jakie załatwiasz przez sądy.

Być może nic złego nie dzieje się w samych sądach jako takich. Od lat dodajemy przecież inkrementacyjnie kolejne kategorie spraw życia zawodowego i osobistego pod decyzje sądu. Dzisiaj nie załatwisz połowy spraw życia zawodowego bez rozstrzygnięcia w zakresie umowy albo własności. Wielu z nas nie ma aktywności obywatelskiej, a także rodzinnej, w której nie jest wręcz konieczne rozstrzygnięcie sądowe. Każdego roku obywatele 30+ milionowego kraju mają w sądach 15+ milionów spraw sądowych i to powinno generować refleksję w społeczeństwie.

Ja sam jestem krytykiem działalności sądów. Wśród setek spraw sądowych wiem że wielokrotnie sędziowie przeciągają sprawy – chcąc dokonać “sprawiedliwości” odwlekają procedury i odraczają terminy w nieskończoność, jeśli wiedzą że prawdziwa sprawiedliwość jest nieunikniona. Przykładem niech będzie wytoczona przeze mnie moja własna sprawa rozwodowa, gdzie dobrotliwa sędzia odwlekała nieuchronną sprawiedliwość wobec mojej byłej żony tylko dlatego, że skoro wina leży po stronie żony, a żona w ciąży, to odwleakając sprawę “może się ułoży” – sędzia wymyślała wszystkie możliwe myki żeby nawet w tak oczywistych okolicznościach odwlec ostateczne posiedzenie do czasu urodzenia dziecka.

Inny przykład to sąd który wiedząc że występuję o akta sprawy jako dziennikarz, na najpewniej akta opublikuje, a napewno sprawę opiszę – odwlekał wydanie akt sprawy przez rok mnożąc trudności. Niedawno minął rok od czasu złożenia wniosku, analogicznie w takich przypadkach postępuje prokuratura: składając wniosek o udostępnienie akt nie udziela odpowiedzi ani elektronicznie, ani listownie. W rozmowie telefonicznej wszystkie osoby odsyłają do prok. Hanna Karamańskiej, która to na uniwersalnie za każdym razem informuje iż jeżeli termin 3 lat wydaje się zbyt długi, poleca odwołać się do prokuratury okręgowej, która… na pisma również nie odpowiada.

Największej krytyce podlega jednak religijność sądów, tj. ogólnie dawanie wiary. Sędziowie notorycznie dają lub nie dają czemuś wiary, najczęściej dając w ten sposób dowód własnej wiary, często przekonań i uprzedzeń. Na tle wspomnianej bogatej historii sporów i waśni przykładów nie mam zbyt wiele, ale pamiętam doskonale:

a) sędzię, która nie wierząc w realizację modułu oprogramowania, który był niezwykle trudny w jej opinii dla tak małej firmy, jaką ja prowadziłem iż orzekła na niekorzyść mojej spółki – wskazując iż co prawda “udowodniono realizację panelu klienta”, ale… “nie dała wiary” iż został zrealizowany poprawnie, albowiem nie udowodniono “którego klienta ten panel dotyczył”. Pomijając już humorystyczny aspekt niezrozumienia czym jest w oprogramowaniu komercyjnym ów “panel klienta”, sądy często zbaczają z meritum sprawy wskazując jakąś absurdalną i poboczną wątpliwość w rozstrzygnięciu na niekorzyść strony. W tym przypadku sędzia nie wiedziała że moduł “panel klienta” w oprogramowaniu nie dotyczy żadnego konkretnego klienta, a znalazło się w uzasadnieniu jakby to miało znaczenie, nawet gdyby sędzia wiedziała o czym mówi (błąd sędzi skorygowano w apelacji).

b) Inny przykład sędziego który zważywszy iż w aktach zabrakło umowy dopytał obie strony sporu “czy taka a taka umowa w ogóle była”. W tym sporze moi adwokaci potwierdzili iż umowa była, podobnie jak adwokaci adwersarzy, którzy również przyznali przed sądem do protokołu istnienie umowy łączącej strony. W tym przypadku sędzia już bezpośrednio w odpowiedzi na te oświadczenie szybko zamknął posiedzenie, a w uzasadnieniu wyroku jednak “nie dał wiary” temu, że między stronami istniała umowa, efektywnie postępowanie umorzył (udało się je wytoczyć ponownie i inaczej).

c) Jeszcze inny przykład, w którym sędzia co prawda przyznała iż rozumie naturę sporu – takiego, w którym kluczowe pismo mój kontrahent mi wysłał, ale na inny adres i adresowane na inną osobę zupełnie, co wykazaliśmy na podstawie akt, natomiast w tym przypadku w uzasadnieniu sędzia “nie dała wiary” iż mimo tego, że kluczowe pismo zostało podjęte przez kogoś innego, kto nie był moim pełnomocnikiem, ani członkiem mojej rodziny, to w uzasadnieniu wyroku wskazała iż “w żaden sposób nie udowodniono” że nie dostałem przesyłki podjętej przez kogoś innego pod innym adresem niż mój adres zamieszkania, kto nie jest moją rodziną, ani nie jest pełnomocnikiem (chociaż ciężar dowodu doręczenia pisma leżał na nadawcy).

d) Jeszcze inny przykład uprzedzeń, nawet takich “pozytywnych”, w którym sędzia nie widząc ani razu mnie na oczy, ani nie słuchając moich zeznań – w pisemnym uzasadnieniu wyroku napisała że “jest wiadome” że “akurat Pan Maciej Zagozda na pewno nie jest osobą nieporadną”, więc akurat proceduralne niedopatrzenie wskazane przeze mnie, które pozbawiło mnie określonych praw w tym postępowaniu, według deklaracji wiary sędzi “nie miało wpływu” na treść rozstrzygnięcia (nie odwoływałem się, choć nie po to żeby udowodnić sędzi że się myli).

Taka religijność sądów rozumiana jako “dawanie wiary” zwane również swobodą oceny materiału dowodowego, która beznadziejnym sędziom zastępuje twardy dowód lub mózg w ogóle – to wielka zmora, która naprawdę przebija swoją religijnością, przekonaniem, wiarą lub uprzedzeniem (sam wybierz jak to nazwiesz), co wkurza bardzo wielu użytkowników sądów. Jeśli jest się mną, zabiera się zabawki do innej piaskownicy. Sędziowie są zmęczeni, a w obliczu grubych tomów dowodów przestraszeni ilością roboty, jaka jest potrzebna żeby zrozumieć sprawę i wydać sprawiedliwy wyrok. Religijność sądów, rozumiana jako kierowanie się doświadczeniem życiowym i wynikającymi z niego przekonaniami ponad materiał dowodowy irytuje ludzi którzy oddając głos za projektem konstytucji wybrali taki jej kształt, w którym zapisano “rządy prawa”. Jak jest się takim Jarkiem czy Januszem to się to wie, choć się nie ma wyboru relokacji – stąd chęć wysadzenia całego systemu sądownictwa w powietrze.