Bez kategorii

Arogancja każdej władzy

· 7 minut czytania

Problem z każdym rodzajem polityka to arogancja. Arogancja która doprowadza do zmian które są przeciw skuteczne lub zwyczajnie kosztowne ale nie przynoszą efektu.

Największym problemem każdego rodzaju polityka nie jest ani jego ideologia, ani partyjna przynależność, ani nawet język, którym przemawia do opinii publicznej. Największym problemem jest arogancja. To ona stoi za większością decyzji, które z perspektywy obywatela okazują się przeciwskuteczne, nieproporcjonalnie kosztowne albo po prostu jałowe. Arogancja nie zawsze objawia się krzykiem, brutalnością czy otwartym lekceważeniem ludzi. Często przybiera formę bardziej elegancką: eksperckiej pewności siebie, deklarowanej troski o dobro wspólne, przekonania o wyjątkowej dziejowej misji albo wiary, że tym razem władza naprawdę „wie lepiej”.

Właśnie w tym miejscu zaczyna się polityczny błąd o najcięższych konsekwencjach. Władza przestaje postrzegać społeczeństwo jako zbiór wolnych ludzi posiadających własne interesy, doświadczenia, ograniczenia i wiedzę lokalną. Zaczyna natomiast widzieć obywateli jako materiał do ułożenia, przestawienia, zmotywowania albo zdyscyplinowania. Ludzie stają się elementami planu. Rodziny stają się pozycjami w modelu demograficznym. Przedsiębiorcy stają się narzędziem strategii gospodarczej. Żołnierze stają się paliwem geopolitycznego projektu. A podatnicy stają się niewyczerpanym źródłem finansowania cudzych ambicji.

To właśnie dlatego tak wiele wielkich programów politycznych kończy się rozczarowaniem. Nie dlatego, że każda intencja jest zła. Nie dlatego, że państwo z natury nie może niczego zrobić dobrze. Lecz dlatego, że politycy zbyt często zakładają, iż z centrum władzy widać więcej, niż widać naprawdę. Tymczasem społeczeństwo nie jest prostą maszyną, którą można przeprogramować jedną ustawą, jednym transferem socjalnym, jedną reformą gospodarczą albo jednym wielkim hasłem. Złożone systemy społeczne źle znoszą schematyczne projekty narzucane z góry, zwłaszcza wtedy, gdy ignorują wiedzę praktyczną i lokalne uwarunkowania. Tę właśnie słabość centralnie projektowanych rozwiązań szeroko opisywał James C. Scott, wskazując, że uproszczone, administracyjne wizje społeczeństwa bardzo łatwo niszczą realne zależności, których państwo ani nie rozumie w pełni, ani nie umie odtworzyć po ich uszkodzeniu.

Arogancja polityczna jest szczególnie groźna dlatego, że niemal zawsze idzie w parze z poczuciem moralnej wyższości. Polityk nie mówi sobie: „może się mylę, może nie rozumiem wszystkich skutków, może ludzie wiedzą o własnym życiu więcej niż aparat państwa”. On mówi sobie raczej: „jeżeli społeczeństwo nie reaguje tak, jak zakładaliśmy, to znaczy, że trzeba zastosować mocniejszy bodziec, większy budżet, surowszą regulację albo bardziej zdecydowaną kampanię”. Władza nie odczytuje niepowodzenia jako sygnału, że sama błędnie zdiagnozowała problem. Odczytuje je jako dowód, że rzeczywistość stawia opór i trzeba ją silniej nagiąć.

W ten sposób rodzą się kolejne kosztowne pomyłki. Programy prorodzinne są projektowane tak, jakby liczba urodzeń była prostą funkcją wysokości świadczenia. Programy gospodarcze są tworzone tak, jakby wystarczyło ogłosić nową epokę, by zmienić prawa inwestowania, produktywności, ryzyka i kapitału. Polityka zagraniczna oraz militarna bywa prowadzona tak, jakby sama wola wielkości mogła zastąpić realne zasoby, przewagę technologiczną, logistykę, demografię i zdolność społeczeństwa do długotrwałego ponoszenia kosztów. W każdym z tych przypadków punkt wyjścia jest podobny: ktoś na szczycie uznaje, że historia, ekonomia, kultura, psychologia społeczna, a czasem nawet fizyczne ograniczenia świata zewnętrznego, ustąpią przed polityczną determinacją.

To jest właśnie istota pychy władzy. Nie zwykła duma. Nie wiara we własne siły. Lecz przekroczenie granicy, za którą rządzący zaczyna uważać, że posiada uprawnienie do kształtowania życia milionów ludzi według własnej koncepcji dobra, rozwoju, bezpieczeństwa albo postępu. Literatura dotycząca zjawiska politycznej pychy opisuje je jako nadmierną pewność siebie, wyolbrzymione poczucie własnej trafności i skłonność do lekceważenia innych perspektyw. W praktyce oznacza to utratę zdolności do samokorekty, czyli do najważniejszej kompetencji, jakiej wymaga odpowiedzialne rządzenie.

Władza arogancka niemal nigdy nie rozumie też prawdziwej natury mandatu demokratycznego. Wygrane wybory nie są zgodą na dowolne eksperymenty społeczne. Nie są czekiem in blanco na przebudowę życia obywateli. Nie są przyzwoleniem na to, by polityk traktował państwo jak laboratorium, a społeczeństwo jak materiał badawczy. Mandat demokratyczny jest zawsze ograniczony. Oznacza prawo do administrowania sprawami wspólnymi, a nie moralne prawo do ingerowania w każdą sferę życia, do forsowania każdej wizji przyszłości i do przerzucania kosztów błędnych decyzji na tych, którzy nigdy się na nie nie pisali.

Najtragiczniej widać to w polityce prowadzącej do konfliktów, zubożenia albo długotrwałego lęku społecznego. Arogancja władzy w sferze wojennej objawia się szczególnie brutalnie. Zaczyna się od przekonania, że państwo jest silniejsze, niż jest w rzeczywistości. Potem pojawia się wiara, że przeciwnik ustąpi szybciej, sojusznicy pomogą bardziej, społeczeństwo wytrzyma dłużej, a historia zapamięta przywódcę jako architekta wielkości. Kończy się natomiast ruiną finansów publicznych, osłabieniem instytucji, stratami ludzkimi, utratą bezpieczeństwa i generacyjnym rachunkiem wystawionym obywatelom, którzy nigdy nie mieli pełnej kontroli nad tą decyzją.

Podobnie działa arogancja w gospodarce. Politycy regularnie ulegają pokusie „rewolucji”, ponieważ rewolucja brzmi lepiej niż cierpliwe usuwanie barier rozwojowych. Łatwiej ogłosić nowy model ekonomiczny niż uprościć podatki. Łatwiej zapowiedzieć narodową strategię niż ograniczyć niepewność regulacyjną. Łatwiej tworzyć fundusze, agencje i wielkie programy niż przyznać, że wzrost gospodarczy rodzi się zwykle z rozproszonej aktywności milionów podmiotów, a nie z centralnego aktu politycznej woli. Władza kocha wielkie schematy, ponieważ wielkie schematy dają złudzenie kontroli. Rzeczywistość natomiast najczęściej rozwija się dzięki tysiącom małych decyzji podejmowanych przez ludzi, którzy najlepiej znają własne ryzyko, własne potrzeby i własne otoczenie.

Na tym polega fundamentalne nieporozumienie polityczne: państwo bardzo często myli zarządzanie z tworzeniem rzeczywistości. Zarządzać można ograniczenie. Można łagodzić skutki kryzysów, budować przewidywalne reguły gry, dbać o bezpieczeństwo prawne, infrastrukturę, sądy, stabilność pieniądza, uczciwość procedur i egzekwowalność prawa. Ale nie da się bezkarnie zadekretować ludzkich nawyków, rodzinnych decyzji, przedsiębiorczej odwagi, patriotycznego uniesienia, innowacyjności ani dobrobytu. Im bardziej polityk wierzy, że potrafi to zrobić, tym większe prawdopodobieństwo, że doprowadzi do skutków odwrotnych od zamierzonych.

To właśnie dlatego arogancja władzy tak często produkuje biedę, strach i społeczną frustrację. Nie dlatego, że każdy polityk jest cyniczny. Czasem wręcz przeciwnie: problem polega na tym, że wielu jest zbyt głęboko przekonanych o własnej słuszności. A człowiek przekonany, że działa w imię wielkiego celu, łatwo usprawiedliwia koszty ponoszone przez innych. Łatwo uznaje, że dzisiejsze cierpienia są ceną jutrzejszego sukcesu. Łatwo bagatelizuje opór społeczny jako objaw niedojrzałości, niewiedzy albo egoizmu obywateli. Właśnie wtedy polityka przestaje być służbą, a staje się świecką formą inżynierii dusz i życia zbiorowego.

Najrozsądniejszą odpowiedzią na ten problem nie jest jednak naiwne hasło, że państwo powinno zniknąć. To byłaby tylko lustrzana odmiana tej samej pychy, tyle że ubrana w inny slogan. Potrzebne jest raczej państwo skromniejsze intelektualnie. Państwo, które rozumie własne ograniczenia. Państwo, które nie zakłada, że potrafi zaplanować społeczeństwo lepiej niż samo społeczeństwo. Państwo, które interweniuje ostrożnie, mierzy skutki swoich działań, umie się wycofać z błędu i nie traktuje obywatela jak tworzywa do politycznej obróbki. Właśnie taki wniosek płynie z krytyki wielkich, centralnie narzucanych planów: sukces instytucji zależy nie tylko od wiedzy formalnej, ale również od uznania znaczenia wiedzy praktycznej, lokalnej i rozproszonej.

Dobra polityka zaczyna się więc nie od ambicji, lecz od pokory. Od uznania, że nie wszystko da się przewidzieć, nie wszystko da się wymusić i nie wszystko wolno podporządkować jednej wizji. Od świadomości, że społeczeństwo nie jest projektem do wdrożenia, lecz żywym porządkiem zbudowanym z milionów decyzji, relacji i doświadczeń. Polityk, który o tym zapomina, niemal zawsze wcześniej czy później zaczyna szkodzić tym, którym miał służyć.
Dlatego największym zagrożeniem w polityce nie jest lewica ani prawica, nie jest konserwatyzm ani progresywizm, nie jest nacjonalizm ani liberalizm.

Największym zagrożeniem jest człowiek u władzy, który uwierzył, że wolno mu więcej, niż wolno komukolwiek. Człowiek, który pomylił władzę z mądrością, mandat z nieomylnością, a państwo z narzędziem realizacji własnych ambicji. To właśnie z tej pomyłki rodzą się wojny, błędne reformy, kosztowne eksperymenty i społeczne rozczarowanie. Nie dlatego, że świat nie da się zmieniać wcale, lecz dlatego, że najgorsze zmiany zaczynają się od ludzi przekonanych, iż tylko oni wiedzą, jak należy zmienić życie innych.