Mój każdy problem z pracą polega na tym może nie do końca z tym że ludzie nie wiedzą jak pracować (jak włączyć, jak podłączyć, jak nacisnąć, jak wybrać), ale z tym że ludzie nie do końca wiedzą że to jest ich problem (twoja sprawa to nie moja sprawa, ja tu nie jestem dla przyjemności).
To jest problem braku Holokracji, która po prostu jest nie na rękę osobom z którym pracuję, a najczęściej w ogóle nikomu w żadnym miejscu pracy nigdy nie jest na rękę. To nie jest problem tak zwanego “wyjaśnienia”, bo potrzeba wyjaśnienia generuje jedynie pętlę coraz bardziej szczegółowych instrukcji, jakie komuś będą potrzebne. To nie jest również problem braku “szkolenia”, bo nikt jeszcze z profesjonalnego szkolenia nie wrócił, przynajmniej nie do firmy, a wyjaśnień i instrukcji jest aż nadto. To jest jednak problem identyfikacji motywacji – pokazania dlaczego coś robimy. To jest kwestia holokracji, pozwolenia ludziom zadawania sobie pytań nawzajem, wzajemnego organizowania szkoleń oraz samodzielnego rozwiązywania problemów na drodze do efektu, który powinniśmy pokazać.
To jest problem odpuszczenia, bo jak wielu zauważyło historia tego problemu w moim życiu się powtarza: brak czasu wynika z braku delegowania, a brak delegowania z niekompetencji, a brak kompetencji wynika z braku zaangażowania. Tak to przynajmniej może powiedzieć ktoś kto się temu przyglądał, analizował i wielokrotnie znalazł się ponownie w sytuacji, w której ostatecznie trzeba tak to skonkludować. Przy czym historia tego zaklętego koła skończyła się dokładnie w roku 2013 w ten sposób że powiedziałem: “dość”. Powiedzenie sobie “dość” było oczywiste, bo tylko wariat robił by w kółko to samo i liczył na inny efekt. Człowiek rozsądny zmieni swoje postępowanie, jeśli chciałby innego efektu. Czasami potrzebne są pewne niewielkie zmiany żeby osiągnąć zupełnie inny efekt, a czasami potrzebne są zmiany bardziej radykalne.
Pamiętam dokładnie moment decyzji, którą podjąłem uznając że żadne drobne zmiany podejmowane ponownie nie doprowadzą mnie do innego efektu, bo takie zmiany jakich bym oczekiwał ostatecznie leżą poza moją sprawczością. Patrząc na panoramę Berlina z początkiem zimy postanowiłem zrobić coś innego i zamiast próbować przeforsować zmiany, najzwyczajniej odpuścić próby zmiany tego, co zmianie nie chce się poddać. Powiedziałem że mam tego dosyć: zrealizowałem co miałem do wykonania, wszystko rozliczyłem i w związku z tym wszystkim wszystko wypowiadam i wszystko zamykam.
Wtedy stojąc na balkonie byłej fabryki amunicji w Berlinie doceniłem piękno widoku oraz ironię miejsca. Postanowiłem odpocząć od takiej pracy, być może nawet na dobre. Następnie wyjechałem na bardzo małą wyspę, gdzie po prostu było pięknie i ciepło. Tyle tylko że ten koniec to był początek. Początek innego życia, ale również większych kłopotów, bo komuś to, że wyjechałem bardzo przeszkodziło. Ludzie którzy zachowali powód tego dla czego im to przeszkadzało dla siebie, postarali się żeby pisemnie dokładnie uzasadnić dlaczego to najczarniejszy scenariusz, któremu trzeba kolektywnie przeciwdziałać.
Od tamtego czasu im bardziej się wycofuje, im bardziej rezygnuję, im bardziej zamykam, tym mam więcej z tym roboty, bo każda zmiana, również te wynikające z odpuszczenia sobie, rodzi swoje konsekwencje – najczęściej takie, które z góry da się przewidzieć, ale czasami również absurdalne z którymi nie wiadomo w ogóle jak sobie poradzić. Dzisiaj po latach mogę swobodnie powiedzieć, że nigdy w życiu nie miałem nigdy tak dużej ilości roboty, jaka wynika z niemożliwej do ogarnięcia komplikacji, która narzucana jest mi pod absolutnym przymusem od czasu, kiedy powiedziałem: “dość” i po prostu wszystko rzuciłem mówiąc: “od dzisiaj to co mogę, to zamykam, a to co czego nie muszę po prostu zostawiam”.