Model polskich firm outsourcingowych się skończył, ponieważ od dekad opierał się na możliwości agregowania kandydatów na rynku ciągłego niedoboru specjalistów – oferując możliwość znalezienia i oceny kandydatów na rynkach o znacznie niższych kosztach aniżeli ponoszone na rynkach docelowych
Pierwszym pęknięciem tego modelu było uwolnienie regionalizacji rynków dzięki upowszechnianiu pracy zdalnej. Dzięki adopcji zdalnej pracy wielu klientów nie potrzebuje zatrudniać firm outsourcingowych które zbudowały biura w tańszych lokalizacjach na świecie, skoro są w stanie pracować bezpośrednio z osobami z tych lokalizacji pracujących z domu.
Kolejnym pęknięciem było uwolnienie ogromnej liczby specjalistów dzięki redukcjom zatrudnienia spowodowanych upowszechnieniem narzędzi sztucznej inteligencji. Nie ma potrzeby zatrudniać specjalistycznej agencji rekrutacyjnej zwanej firmą outsourcingową, jeśli kandydaci o wysokich kwalifikacjach nagle sami poszukują zatrudnienia.
Obecnie specjalistów wcale nie trzeba poszukiwać w firmach outsourcingowych, które zresztą takich kandydatów i tak nigdy nie posiadały, bo (wbrew zapewnieniom) zawsze były jedynie firmami rekrutacyjnymi które nie posiadały żadnych zorganizowanych zespołów, a takie jedynie rekrutowały pod konkretne zamówienia klientów.
Model tak zwanych firm informatycznych, a faktycznie outsourcingowych, a faktycznie rekrutacyjnych, skończył się wraz z podcinaniem gałęzi na której siedzimy. Od dekad piszę o tym że prowadzenie wyścigu wynagrodzeń na fałszywym przekonaniu o wyższości polskich kompetencji, szybko się skończy.
Złoty okres właśnie się kończy wraz chwilą w której klienci odkrywają że w Indiach jest słabiej ale taniej. Podnoszenie kwalifikacji wraz z podnoszeniem wynagrodzeń to droga donikąd. Nie da się wrócić do poprzednich wynagrodzeń, nawet jeśli po czasie przyznamy że było lepiej wtedy kiedy nasi specjaliści byli po prostu tańsi.
Branżę dobije ostatecznie wyjątkowy charakter możliwości pracy na umowach cywilnoprawnych (tzw. B2B) które było pewnego rodzaju ewenementem, z którym inne kraje dawno temu sobie poradziły, a który dodatkowo obniżał koszty polskich specjalistów, którzy pracowali w wygodnym i elastycznym wariancie rozliczania pracy.
Zbieg możliwości bezpośredniej współpracy, wzrost produktywności najlepszych specjalistów, spadek konkurencyjności wynagrodzeń oraz elastyczności w świadczeniu pracy to perfekcyjna burza, która wykończy dotychczasowe firmy outsourcingowe na polskim rynku oraz dotychczasowe formy działalności, w szczególności tzw. “skalowanie” zespołów, czy obrzydliwy “body leasing”.
Najpewniej w kolejnych latach będziemy obserwować trend ratowania sytuacji: łączenia się mniej rentownych podmiotów, a w dalszych krokach również próby ratowania pozycji poprzez specjalizacje branżowe różnych podmiotów. Niemniej jednak to będzie okres eliminacji firm outsourcingowych oraz redukowania znaczenia polskich specjalistów.
Nie wiem zresztą co miałoby być złego w tym, gdyby firmy outsourcingowe po prostu nazwały się firmamy rekrutacyjnymi – oferując ogromne bazy kandydatów, usługi preselekcji kandydatów, którzy najczęściej i tak są weryfikowani niezależnie przez pracodawców (ówcześnie klientów). Takie rozwiązanie wydaje się znacznie uczciwsze wobec wszystkich stron kontraktu.
Idąc dalej gdyby część obecnie funkcjonujących firm outsourcingowych nazwało się rekrutacyjnymi, mogłyby one zdjąć z kandydatów i klientów ryzyko przekształcania umów cywilnoprawnych (tzw. B2B) w umowy o pracę. W sytuacji w której nie byłoby żadnego pozorowania niczego, nie byłoby żadnej potrzeby niczego pozorować, ani ryzykować że coś zostanie przekształcone.
Na rynku nadal jest miejsce na tradycyjne software house’y, które oferują oprogramowanie za określoną cenę, co odróżnia je od firm outsourcingowych, które oferują określone kompetencje po określonej stawce. W popularnym obiegu czytamy bardzo wiele na temat tego, jak to outsourcing przyszłości będzie musiał skupiać się na konkretnych wynikach i dostarczać konkretne wartości.
Dlaczego nie nazwać tego wprost: tworzenie określonych systemów za określoną cenę, które z definicji są określone i niosą ze sobą określone korzyści i przynoszą określoną wartość dla zamawiającego. W tym sensie nasza przyszłość jest w naszej przeszłości, ponieważ dokładnie tak funkcjonowały niemal wszystkie software house’y jeszcze dwie dekady temu.
Nasza przyszłość to jakaś wersja przeszłości, w której firmy rekrutacyjne i producenci oprogramowania były różnymi kategoriami operatorów. Nadal można zastanawiać się jednak czy przyszłość należy do pracownika programisty czy producenta oprogramowania? Ja nadal uważam, że do producenta, właśnie z powodu przewag jasnego kontraktu, jasnej ceny i jasnej korzyści dla zamawiającego.
Zastanawiam się jedynie na ile przyszłość przyniesie nam nowe sposoby rozliczania oprogramowania: oprogramowania budowanego w ramach opłaty leasingowej lub licencyjnej, w której to software house będzie niejako finansującym, albo wręcz inwestorem danego przedsięwzięcia oraz ewentualnym beneficjentem sukcesu danego wdrożenia.