Kwasota, nazywana też potocznie „bólem tyłka”, to dość osobliwa przypadłość społeczna: nie pojawia się wtedy, gdy ktoś realnie nam szkodzi, tylko wtedy, gdy ktoś po prostu ma coś, z czego jest zadowolony, nawet jeśli to jest opowieść o tym co osiągnął albo wrażenie tego, co zadecydował.
Najczęściej to coś, co zbudował, coś co zbudowałprzeżył, ale nawet coś co wybrał i nie ukrywa tego, tylko pokazuje, opowiada, publikuje, dzieli się.
To uczucie nie bierze się z jednego źródła. Kwasota jest mieszanką zawiści, poczucia pominięcia, lęku przed porównaniem, czasem też zwykłej bezsilności. Jej paliwem jest widok cudzego „dorobku” oraz przekonanie, że ten dorobek w jakiś sposób obnaża nasz brak dorobku. I w tym miejscu zaczyna się kluczowy dla Internetu podział: na twórców treści oraz konsumentów treści. Podział, który nie jest neutralny. On generuje przyczyny i skutki, które przenikają życie zawodowe, relacje społeczne, politykę, a nawet obraz samego siebie.
Warto spojrzeć na to bez moralizowania. Nie każdy musi być twórcą. Nie każdy powinien mieć ambicję zostania twórcą. Problem nie polega na tym, że część osób tworzy, a część konsumuje. Problem polega na tym, jak łatwo ta różnica zaczyna być interpretowana jako różnica wartości człowieka.
W ciągu ostatnich dekad wydarzyło się coś, co w skali historii komunikacji jest wstrząsem tektonicznym. W latach dziewięćdziesiątych rosła dostępność komputerów osobistych i narzędzi do składu tekstu, obróbki grafiki, a także coraz łatwiejsza dystrybucja druku. Pojawiły się blogi, galerie, pierwsze społeczności internetowe, fora i portale, które dawały możliwość publikacji bez pytania kogokolwiek o zgodę. W latach dwutysięcznych rewolucja usług sieciowych – nazywana często „internetem 2.0”, czyli internetem, w którym użytkownik jest równocześnie autorem – dołożyła do tego platformy społecznościowe. Nagle publikowanie przestało wymagać kompetencji technicznych i infrastruktury. Dosłownie każdy mógł wrzucić tekst, zdjęcie, muzykę, a potem wideo. Do tego przyszły smartfony: aparat fotograficzny, kamera, studio montażu i kanał dystrybucji w jednym urządzeniu noszonym w kieszeni.
Ta zmiana miała obietnicę równości. Skoro wszyscy mamy narzędzia, to wszyscy możemy zabrać głos. Skoro każdy może tworzyć, to każdy może też zaistnieć. Teoretycznie.
W praktyce nastąpiło coś odwrotnego: platformy nie wyrównały różnic, tylko je uwidoczniły i utrwaliły. Zamiast zamknąć temat wymówek typu „nie mam dostępu”, Internet je skasował. I dla wielu ludzi to wcale nie było wyzwalające. To było demaskujące.
Wcześniej można było powiedzieć: „nie mam aparatu”, „nie mam komputera”, „nie mam gdzie publikować”, „to tylko dla profesjonalistów”, „nie znam się”. Po upowszechnieniu narzędzi te argumenty straciły moc. Jeśli każdy ma możliwość publikacji, to brak publikacji zaczyna wyglądać jak wybór. A jeśli to wybór, to natychmiast pojawia się bolesne pytanie: „dlaczego nie wybieram?”. I jeszcze bardziej bolesne: „czy to znaczy, że nie mam nic do powiedzenia?”.
W tym momencie rozszczepienie na twórców i konsumentów przestaje być logistycznym podziałem ról, a staje się podziałem tożsamościowym.
Twórca treści to nie tylko ktoś, kto „wrzuca posty”. To ktoś, kto komunikuje: „mam narrację”, „mam zdanie”, „mam doświadczenie”, „mam wynik”, „mam estetykę”, „mam produkt”, „mam drogę, którą przeszedłem”. Konsument treści natomiast łatwo popada w stan, w którym jego główną aktywnością jest oglądanie życia innych. Nawet jeśli robi to w sposób inteligentny, nawet jeśli się uczy, nawet jeśli się inspiruje – to i tak w pewnym momencie algorytmy, kultura porównań i natłok cudzych osiągnięć mogą przechylić to w stronę poczucia bycia „tym, który tylko patrzy”.
I tu wchodzi kwasota, cała na biało.
Kwasota bywa mylona z krytycyzmem. Ale to nie jest to samo. Krytycyzm to reakcja na treść: „to jest niespójne”, „to jest błędne”, „to jest szkodliwe”, „to jest manipulacyjne”. Kwasota to reakcja na sam fakt istnienia autora: „kim ty jesteś, żeby mówić?”, „dlaczego ty masz odwagę?”, „czemu tobie wychodzi?”, „na pewno ściemniasz”, „przesadzasz”, „na pewno masz lepiej, bo miałeś łatwiej”. To psychologiczny mechanizm redukcji dysonansu poznawczego: skoro czyjś sukces lub ekspresja mnie boli, to najprościej uznać, że jest nieuczciwa, przypadkowa albo niezasłużona. Wtedy ból chwilowo spada.
Platformy społecznościowe nie tylko ułatwiły publikację. One też skomercjalizowały uwagę. To fundamentalne: dzisiejszy Internet nie jest tylko biblioteką, w której jedni piszą, a drudzy czytają. To jest rynek, na którym walczy się o czas, emocje i reakcje. A to oznacza, że treści najłatwiej „nagradzane” przez algorytmy są często treściami polaryzującymi: wywołującymi oburzenie, irytację, poczucie niesprawiedliwości, poczucie bycia oszukanym. Kwasota jest tu idealnym paliwem, bo generuje komentarze, udostępnienia, dramy, przepychanki. Z perspektywy platformy to „zaangażowanie użytkownika”. Z perspektywy człowieka to degradacja kultury rozmowy.
Skutki tego podziału i tej ekonomii uwagi są wielowarstwowe.
Po pierwsze, rośnie społeczna podejrzliwość wobec ekspresji. Coraz więcej osób podchodzi do cudzych publikacji z nastawieniem: „na pewno coś sprzedaje”, „na pewno buduje wizerunek”, „na pewno chce atencji”. Często to prawda, bo wiele osób faktycznie sprzedaje lub buduje markę. Ale samo to nie jest jeszcze zarzutem. Problem w tym, że podejrzenie staje się automatyczną reakcją obronną konsumenta, który czuje się przytłoczony i porównywany.
Po drugie, twórcy zaczynają żyć w realnej presji stałej produkcji. Kiedy publikowanie staje się elementem pracy, biznesu albo tożsamości, pojawia się „dług treściowy”: jeśli nie publikuję, znikam. Jeśli znikam, tracę zasięg. Jeśli tracę zasięg, tracę możliwości. To wciąga ludzi w wyścig, w którym część staje się coraz bardziej performatywna. A to z kolei jeszcze bardziej drażni konsumentów, bo rośnie poczucie sztuczności. Zaczyna się spirala: twórcy dopasowują się do algorytmów, konsumenci widzą to dopasowanie i czują manipulację, więc reagują cynizmem, a cynizm napędza ostrzejsze treści, bo tylko takie przebijają się przez mur obojętności.
Po trzecie, utrwala się nierówność widzialności. Teoretycznie każdy może publikować, ale realnie nie każdy może być usłyszany. Zwycięzcy rynku uwagi kumulują uwagę, a uwaga działa jak kapitał. Kto ma kapitał, może go reinwestować w lepsze formaty, lepszą dystrybucję, lepszą produkcję, lepsze kontakty. Dla obserwatora z zewnątrz to wygląda jak „im idzie, a mnie nie”, co ponownie napędza kwasotę.
Po czwarte, część osób zaczyna utożsamiać wartość swojej pracy lub życia z tym, czy nadaje się na treść. To jest szczególnie toksyczne. Jeśli człowiek zaczyna myśleć: „to, co robię, nie jest warte pokazania”, łatwo przechodzi do: „to, co robię, nie jest warte robienia”. A to już jest degradacja motywacji i poczucia sensu. Nie dlatego, że praca jest bez sensu, tylko dlatego, że nie daje paliwa do porównań w świecie, gdzie porównania są codziennością.
Po piąte, rośnie agresja normatywna: ludzie zaczynają pilnować, kto „ma prawo” mówić. To widać w komentarzach wszędzie: w biznesie, technologii, polityce, kulturze. Mechanizm jest prosty: jeśli cudza ekspresja mnie uwiera, to zamiast przyznać „to we mnie”, łatwiej powiedzieć „ty nie powinieneś”. To jest psychologiczna próba odzyskania kontroli.
To wszystko może brzmieć pesymistycznie, ale nie musi prowadzić do wniosku, że Internet jest zły. Bardziej uczciwe jest stwierdzenie, że Internet obnażył realny rozkład postaw: część ludzi ma potrzebę tworzenia i pokazywania, część ma potrzebę obserwowania i oceniania, część nie chce ani jednego ani drugiego, a część chciałaby tworzyć, ale boi się ekspozycji lub porażki. Narzędzia nie zmieniły natury człowieka. Zmieniły natomiast to, jak bardzo ta natura jest widoczna i jak często jest testowana.
Warto też podważyć jedno ciche założenie, które często stoi za kwasotą: że twórcy mają „coś”, a konsumenci „nie mają nic”. To wcale nie musi być prawda. Wielu konsumentów ma świetne życie, osiągnięcia, wiedzę, relacje, tylko nie widzi sensu w ich publikowaniu. Wielu twórców natomiast tworzy nie dlatego, że ma „więcej”, tylko dlatego, że ma inną strukturę motywacji: potrzebę porządkowania myśli, budowania archiwum, ćwiczenia ekspresji, wchodzenia w dialog, albo zwyczajnie – potrzebę bycia widzianym. Bycie twórcą nie jest obiektywnie wyższą kategorią człowieka. To jest rola społeczna i strategia funkcjonowania w świecie.
Natomiast jest też druga strona: dla części osób niepublikowanie nie jest spokojnym wyborem, tylko wycofaniem wynikającym z poczucia braku kompetencji, wstydu, porównania i lęku. I to właśnie te osoby najczęściej cierpią na kwasotę, bo widzą w cudzych treściach nie tylko cudzą ekspresję, ale własną barierę.
Jeśli miałbym wskazać sedno, to wygląda ono tak: podział na twórców i konsumentów w Internecie stał się jednocześnie podziałem na tych, którzy budują widzialny kapitał narracyjny, i tych, którzy ten kapitał oglądają. Kapitał narracyjny to zdolność do opowiadania o sobie i świecie w sposób, który jest słyszalny. Współczesne platformy premiują ten kapitał, bo on generuje uwagę. A kiedy jakiś typ kapitału jest premiowany, ludzie zaczynają traktować go jak miarę wartości. I tu zaczyna się problem społeczny.
Co z tym zrobić, praktycznie?
Pierwszy ruch to rozdzielenie dwóch pytań: „czy chcę tworzyć?” oraz „czy czuję się gorszy, bo nie tworzę?”. To są zupełnie różne sprawy. Można nie chcieć tworzyć i być z tym całkowicie okej. Można też chcieć tworzyć, ale odkładać to latami z powodu lęku. Kwasota często maskuje to drugie.
Drugi ruch to urealnienie obrazu twórców. Większość treści, które wyglądają na „naturalne”, jest efektem selekcji, montażu i strategii. To nie musi oznaczać kłamstwa. To oznacza, że treść jest produktem. Jeśli ogląda się produkt jak surową prawdę o czyimś życiu, porównania będą zawsze toksyczne.
Trzeci ruch to odzyskanie sprawczości w konsumowaniu. Konsumpcja treści może być aktywna i rozwojowa, ale wymaga higieny informacyjnej: ograniczenia ekspozycji na treści, które karmią porównanie, i zwiększenia ekspozycji na treści, które uczą, porządkują, poszerzają. To jest decyzja, nie los.
Czwarty ruch, dla tych, którzy chcą tworzyć, ale się blokują: zacząć od produkcji bez publiczności. Pisanie do szuflady, publikacja dla małej grupy, notatki techniczne, dziennik pracy. To buduje mięsień ekspresji bez brutalnej konfrontacji z „rynkiem uwagi”. A kiedy mięsień rośnie, znika część frustracji.
Kwasota nie jest wyrokiem. Jest sygnałem. Czasem sygnałem, że ktoś nas oszukuje. Częściej sygnałem, że wewnętrznie przegraliśmy porównanie, którego nikt nam nie kazał rozgrywać. Internet, przez swoją konstrukcję, to porównanie wymusza na nas codziennie. Ale to my decydujemy, czy będziemy w tej grze tylko widzami, sędziami, czy też graczami, którzy rozumieją zasady i potrafią je obejść.
Najbardziej przewrotna myśl jest taka: być może prawdziwym problemem nie jest to, że część ludzi tworzy, a część konsumuje. Problemem jest to, że wszyscy zaczęliśmy traktować widzialność jako walutę sensu. A sens nie musi być widzialny, żeby był realny.