Mowa tutaj o wyrokach merytorycznie słabych. Wyrokach, jakich doświadczają nie tylko strony postępowania, ale które profesjonaliści w branży i akademicy uważają za najwyzczaniej "słabe". Nie wszyscy, ale duża część, i to nie dlatego, że tak jest u nas, ale że taka u nas jest logika wynikająca wprost z teorii gier, ale także zwykłego chłopskiego rozumu. Na zwykły chłopski rozum - w obecnym systemie nie może być inaczej.
Logika jest prosta. Staranność uzasadnienia ma dla sędziego sens głównie wtedy, gdy obniża prawdopodobieństwo, że wyrok w ogóle zostanie zaskarżony, albo że zaskarżenie się utrzyma. Jeśli sędzia wie z kim ma do czynienia i na tej podstawie zakłada że obie strony i tak wniosą apelację od każdego rozstrzygnięcia dla siebie niekorzystnego, ten pierwszy efekt znika. Zostaje tylko drugi: czy tekst da się wybronić. A ten drugi efekt sędzia pierwszej instancji odczuwa słabo, bo uchylenie wraca późno, rzadko jest osobistą sankcją i często ląduje w cudzej statystyce.
Państwo jako strona domyka ten układ. Organ, prokurator, ZUS, urząd skarbowy nie płaci wpisu tak jak osoba prywatna, nie ryzykuje własnych pieniędzy i często ma wewnętrzną instrukcję, żeby przegrane spraw o określonej wadze skarżyć. Dla niego apelacja jest prawie darmowa. Po drugiej stronie może stać ktoś, kto skarży z zasady: albo dlatego, że sprawa jest dla niego egzystencjalna i każda przegrana i tak idzie wyżej, albo dlatego, że ma pełnomocnika z urzędu, zwolnienie od kosztów albo po prostu nic do stracenia.
Wtedy drzewo decyzyjne sędziego wygląda tak: korzystny wyrok dla A oznacza apelację B, korzystny dla B oznacza apelację A. Prawdopodobieństwo, że akta wrócą, jest wysokie niezależnie od kierunku rozstrzygnięcia. W takim układzie poprawne pisanie nie kupuje spokoju. Kupuje tylko więcej godzin przy biurku. Kiepski wyrok jest wtedy tańszy nie dlatego, że sędzia chce, żeby go uchylono, tylko dlatego, że uchylenie i tak jest wliczone w cenę niezależnie od jakości tekstu.
Zostaje minimalny standard, który formalnie zamyka sprawę: sentencja, kilka zdań o dowodach, odesłanie do przepisu. Reszta zostaje dla drugiej instancji. Są tu jednak dwa ograniczenia, których ta wersja nie powinna zacierać.
Po pierwsze, kierunek rozstrzygnięcia nadal ma znaczenie, nawet gdy apelacja jest prawie pewna. Jeśli państwo skarży zawsze, a osoba prywatna skarży tylko wtedy, gdy przegra i stać ją na skargę, rachunek przestaje być symetryczny. Wyrok dla państwa bywa wtedy „tańszy” nie tylko w pisaniu, ale i w prawdopodobieństwie, że w ogóle ktoś go ruszy. Klasyczny efekt gracza powtarzalnego: strona, która jest w sądzie stale i skarży tanio, dostaje premię już na etapie pierwszej instancji, bo sędzia internalizuje jej nawyk apelacyjny, a nie nawyk strony jednorazowej.
Po drugie, „i tak zaskarżą” tłumaczy cienkie uzasadnienie lepiej niż tłumaczy wyrok oczywiście wadliwy. Sędzia, który pisze byle jak, nadal może się pomylić co do kierunku. Jeśli pomyłka jest gruba, druga instancja nie tylko uchyla, ale czasem wskazuje błąd tak, że wraca to echem w ocenie pracy. Dlatego cyniczna wersja przewiduje raczej wyroki poprawne w sentencji i puste w motywach albo wyroki, w których niewygodny dowód jest przemilczany, a nie wyroki pisane pod z góry założone uchylenie. Cel jest węższy: zamknąć referat przy minimalnym nakładzie, skoro kontrola instancyjna i tak nastąpi.
Układ „jedna strona skarży z konieczności, druga skarży za darmo” jest dokładnie tym miejscem, w którym pisanie porządnego uzasadnienia przestaje się sędziemu opłacać i dlatego mamy kiepskie wyroki, bo zwyczajnie nie opłaca się pisać dobrych. Nie opłaca się nie nie dlatego, że sędzia słabo zarabia, ani dlatego któraś ze stron ma być ukarana, ale tylko dlatego, że żadna ze stron nie da mu spokoju za dobre pisanie. System się domyka; ludzie, firmy, inwestycje się albo poddają, albo wyjeżdżają.