Bez kategorii

Iluzja ludzkiego czasu

· 4 minuty czytania

Człowiek ma wrażenie, że dzieciństwo trwało bardzo długo, młodość miała swoją wagę, każdy rok był osobnym rozdziałem, a potem nagle coś się psuje. Lata zaczynają mijać szybciej. Dekada zaczyna przypominać dłuższy kwartał. Człowiek budzi się w tym samym mieście, w tej samej pracy, przy tym samym biurku, na tej samej trasie i ma wrażenie, że ktoś mu ukradł czas.

Najgorsze jest to, że w pewnym sensie naprawdę ukradł.

Tylko że tym złodziejem nie jest państwo, pracodawca, rodzina, gospodarka ani nawet kalendarz. Tym złodziejem jest własny mózg. Nasz mózg pracuje konsumując jedynie 20W energii ale potrafi podejmować decyzje szybciej niż w oka mgnieniu. Nasz mózg potrafi pracować efektywniej niż obecne komputery - zużywając rzędy wielkości mniej energii oraz miejsca na dane dzięki wspaniałemu algorytmowi kompresowania informacji, którego dotąd nie poznaliśmy.

Każdy zna to uczucie z podróży. Jedziemy pierwszy raz w nowe miejsce i droga się dłuży. Patrzymy przez okno, zauważamy zakręty, stacje benzynowe, dziwne miejscowości, pola, lasy, skrzyżowania, mosty, znaki drogowe. Mózg pracuje. Rejestruje. Układa mapę świata. Potem wracamy tą samą trasą i nagle wszystko mija szybciej. Tak jakby ktoś skrócił drogę. Jakby ta sama liczba kilometrów miała inną długość.

Nie miała. Zmieniła się tylko praca pamięci. Mózg zobaczył znane obrazy i powiedział: to już było. Nie trzeba tego zapisywać. Nie trzeba wydawać energii. Nie trzeba robić z tego wydarzenia. Można skompresować niemal do zera. Nasz mózg może po prostu zapisać informację o tym, że zdarzyło się coś jeszcze jeden raz więcej.

Tak samo dzieje się z wakacjami. Jedziemy drugi raz w to samo miejsce, do tego samego hotelu, na tę samą plażę, do tej samej restauracji. Miało być siedem dni odpoczynku, a po powrocie mamy wrażenie, że były trzy. Niby było dobrze. Niby niczego nie brakowało. Ale w pamięci nie ma pełnego tygodnia. Jest zlepek kilku powtórzeń.

Mózg nie jest romantycznym kronikarzem naszego życia. Mózg jest oszczędnym administratorem zasobów. Nie zapisuje wszystkiego. Zapisuje to, co nowe, intensywne, trudne, nieoczywiste, ryzykowne albo emocjonalnie ważne, ponieważ jedynie takie dane można wykorzystać do treningu nowych sposobów naszego myślenia. Resztę traktuje jak szum.

Dlatego dziecko przeżywa rok jak epokę. Wszystko jest pierwsze. Pierwsza szkoła, pierwszy rower, pierwszy strach, pierwszy sukces, pierwsza samodzielna wyprawa, pierwsza zdrada kolegi, pierwsze lato, które naprawdę się pamięta. Dla dziecka świat jest nieustannym atakiem nowości.

Dorosły żyje inaczej. Wstaje o tej samej godzinie. Jedzie tą samą drogą. Rozmawia z tymi samymi ludźmi. Ogląda te same konflikty. Je te same posiłki. Wykonuje podobne zadania. Wraca do tego samego domu. Odpoczywa w ten sam sposób. I potem dziwi się, że rok zniknął.

Nie zniknął. Został tylko źle zapisany.

Dobrym przykładem jest filmowy Walter Mitty. Człowiek, który pracuje w archiwum negatywów magazynu „Life”, żyje spokojnie, przewidywalnie i bezpiecznie. Dużo marzy, ale realnie niewiele robi. Istnieje bardziej w wyobraźni niż w życiu.

Dopiero kiedy znika ważne zdjęcie, zaczyna się prawdziwa podróż. Grenlandia, Islandia, Himalaje, skok ze śmigłowca, rekiny, góry, przypadkowi ludzie, ryzyko, absurd, chaos i piękno. W kilka tygodni dzieje się więcej niż wcześniej przez wiele lat.

To jest oczywiście film. Ale mechanizm jest prawdziwy.

Życie nabiera długości wtedy, kiedy mózg ma co zapisywać.

Najwyższą ceną rutyny nie jest nuda. Nuda jest tylko objawem. Najwyższą ceną rutyny są skradzione lata. Lata, które formalnie przeżyliśmy, ale których później nie potrafimy odtworzyć. Lata, które w dokumentach istnieją, ale w pamięci są puste.

Można mieć czterdzieści, pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt lat i odkryć, że znaczna część życia została przechowana w trybie ekonomicznym. Bez detalu. Bez koloru. Bez ciężaru. I dlatego pytanie o długie życie nie jest tylko pytaniem o medycynę, suplementy, dietę, sen, badania krwi i liczbę kroków. To wszystko jest ważne, ale nie wyczerpuje sprawy. Bo można żyć długo biologicznie i krótko egzystencjalnie.

Można dożyć osiemdziesiątki i mieć w głowie dwadzieścia lat realnych wspomnień. Można też żyć krócej, ale intensywniej, z większą liczbą punktów zaczepienia, doświadczeń i momentów, które naprawdę zostały zapisane.

Nowe doświadczenie jest walutą subiektywnego czasu. Nowa droga do pracy. Nowe miasto. Nowy język. Nowa umiejętność. Nowa restauracja. Nowa rozmowa z człowiekiem, z którym normalnie byśmy nie rozmawiali. Nowe ryzyko. Nowa książka. Nowa praca. Nowy projekt. Nowy kraj. Nowy problem, którego jeszcze nie umiemy rozwiązać.

Każde „pierwszy raz” tworzy w pamięci osobny plik. Nie chodzi o to, żeby żyć chaotycznie. Nie chodzi o tani kult adrenaliny. Nie każdy musi skakać ze śmigłowca na Grenlandii, żeby mieć poczucie życia. Chodzi raczej o to, żeby nie pozwolić mózgowi uznać całego życia za powtórkę.

Bo mózg jest bezwzględny. Jeżeli dzień jest identyczny jak poprzedni, to nie będzie go osobno archiwizował. Jeżeli wakacje są identyczne jak poprzednie, to połączy je w jeden folder. Jeżeli rozmowy są identyczne, ludzie identyczni, miejsca identyczne i reakcje identyczne, to pamięć zacznie oszczędzać.

A człowiek potem powie: ale ten czas szybko leci.

Nie. To nie czas leci szybciej.

To my dajemy mózgowi coraz mniej powodów, żeby go zapamiętał.

Dlatego prawdziwe pytanie o jakość życia nie brzmi: ile jeszcze mam lat przed sobą?

Brzmi raczej: ile z tych lat mój mózg będzie miał powód zapisać?

Można żyć wygodnie, bezpiecznie i przewidywalnie. To nie jest moralnie złe. Czasem nawet jest konieczne. Ale trzeba wiedzieć, jaka jest cena. Ceną jest kompresja życia. Ceną jest to, że wiele dni zleje się w jeden szary obraz.

Można też wybrać trochę niewygody. Trochę nowości. Trochę zagubienia. Trochę ryzyka. Trochę sytuacji, w których nie wiemy dokładnie, co się wydarzy. I wtedy życie zaczyna znowu mieć długość.

Nie dlatego, że kalendarz się zmienia.

Dlatego, że pamięć przestaje spać.

Najważniejsze pytanie nie brzmi więc, czy jesteśmy zajęci. Współczesny człowiek prawie zawsze jest zajęty. Nie brzmi też, czy jesteśmy produktywni. Produktywność może być tylko elegancką formą powtarzalności.

Najważniejsze pytanie brzmi:

Co ostatnio zrobiłem po raz pierwszy?