Bez kategorii

Jak to się stało

· 1 minuta czytania

Jak to się stało, że chłopak z dobrego domu, syn znanej w Krynicy-Zdroju dentystki i dyrektora największego w miasteczku uzdrowiska, został pierwszym w wolnej Polsce byłym ministrem sprawiedliwości, któremu prokuratura zarzuca kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą?

Czy warto było dla władzy i budowania politycznej pozycji postawić na szali spokojne życie, które mógł wieść w drugim partyjnym szeregu? Czy Zbigniew Ziobro żałuje dziś, że z młodzieńczych marzeń o byciu Eliotem Nessem, który ściga mafie, sam został ściganym? Szczerej odpowiedzi na te pytania pewnie nigdy nie poznamy, choć byłaby ona arcyciekawa.

Ziobro tak zmienił prawo, żeby zalegalizować wszystkie metody, które za czasów pierwszych rządów PiS poczytywano mu za przekroczenie uprawnień. Zaczął od zmiany przepisów, by móc ręcznie sterować śledztwami, wydać dowolne polecenie każdemu prokuratorowi w kraju. Po czystkach w sądach i prokuraturach z miesiąca na miesiąc Ziobro rósł w siłę. Ale dla Kaczyńskiego, który generalnie traktuje ludzi instrumentalnie, wciąż był tylko narzędziem do niszczenia przeciwników oraz wymiaru sprawiedliwości, który oskarżał o "imposybilizm prawny" i zablokowanie budowy IV.

Ziobro nie mógł się pogodzić z tym, że Kaczyński nie traktuje go po partnersku. Gdy wbrew wcześniejszym obietnicom prezes PiS oszukał go, nie dzieląc się z nim i Jarosławem Gowinem partyjną subwencją, Ziobro uznał, że sam sobie weźmie "subwencję" z państwowej kasy. Tak powstał mechanizm wyprowadzania pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości.