Kwestia osobistej uczciwości
Bez kategorii

Kwestia osobistej uczciwości

· 5 minut czytania

Zastanawialiście się kiedyś, jak to możliwe, że jedna osoba ma tyle różnych aktywności, kont, profili, publikacji, zdjęć i filmów w sieci? Czasem trudno w to uwierzyć, że za tym wszystkim stoi jeden człowiek. Ale może właśnie nie stoi tylko jedna osoba? A może faktycznie wokół nas zawsze jest grono ludzi, którzy mają wpływ na to, co z czego jesteśmy znani, ale również na to, co na co dzień robimy, a ostatecznie nawet na to jak jesteśmy postrzegani, może nawet na to kim jesteśmy?

Mówię wprost: tak, za moim nazwiskiem kryje się nie tylko moja praca, lecz także praca innych osób. I nie widzę w tym nic złego, wręcz przeciwnie. W końcu wszyscy jesteśmy po części dziełem naszego otoczenia, a to, co nazywam „moją pracą”, zazwyczaj powstaje dzięki wysiłkowi wielu osób. Kiedy mówię, że moje imienne konta pocztowe, profile społecznościowe czy nawet moje zdjęcia i filmy to „praca zbiorowa”, mam na myśli, że cały zespół ludzi, z którym współpracuję, przyczynia się do ich tworzenia. Pomagają mi oni w odpowiadaniu na wiadomości, moderowaniu komentarzy, a nierzadko także w tworzeniu treści czy materiałów multimedialnych.

Ja nie dałbym rady sam. Ilość korespondencji, próśb, pytań i innych spraw, które codziennie spływają, jest tak duża, że jednej osobie fizycznie trudno by było wszystko odczytać, a co dopiero odpowiedzieć na czas, nie wspominając o tworzeniu jakichkolwiek kontrybucji w tylu miejscach. W wielu firmach istnieją zespoły asystentów, sekretarzy i doradców. Nawet pojedynczy adwokat czy notariusz zwykle nie pracuje sam – wspiera go sztab ludzi, którzy przygotowują dokumenty, redagują teksty czy komunikują się z klientami. To przecież zupełnie normalne – a jednak mało kto przyznaje, że też korzysta z takiej pomocy w obszarach niezwiązanych ściśle z „typową” kancelarią czy usługami prawnymi.

Przykłady wielkich kancelarii prawnych, kancelarii samego prezydenta czy nawet niezliczonych międzynarodowych korporacji (jak Cukiernia Pana Wedla czy konsulting Pana Andersena) pokazują, że jeden „podpis” w rzeczywistości tworzy i wspiera grono pracowników. To oni wspólnie dają efekt, który przypisywany jest potem konkretnej marce lub nazwisku założyciela czy szefa. Trudno się temu dziwić, bo tak działają na co dzień tysiące firm. Ale co z nami, prywatnymi osobami? Czy my też możemy mieć „kancelarię nas samych”, która podpisałaby się naszym nazwiskiem pod treściami, dokumentami, wiadomościami? Pomysł może wydawać się szalony, bo zwykle kojarzymy takie struktury z czymś bardzo dużym i oficjalnym, zarezerwowanym dla wielkich firm czy uznanych nazwisk. Tymczasem w praktyce nic nie stoi na przeszkodzie, by korzystać z pomocy innych – przyjaciół, współpracowników, czasem nawet współlokatorów – i razem tworzyć coś, co mimo wszystko firmujemy własnym imieniem.

W moim przypadku nie chodzi już tylko o samą pracę, ale o wszystko, co składa się na moje życie zawodowe i prywatne: czytanie korespondencji, odpowiadanie na e-maile, publikacje naukowe, nagrania dźwiękowe, artykuły prasowe, a nawet moje stanowisko w postępowaniach sądowych - są dzisiaj w dużej części dziełem moich przedstawicieli prawnych, przedstawicieli medialnych, i innych. Wiele prac to praca zbiorowa, w której aktywnie uczestniczę, redaguję, albo chociażby zatwierdzam. Jeżeli decyduję się podpisać pod dokumentem, tekstem, czy nawet krótką wiadomością, to znaczy, że to ja odpowiadam za efekt końcowy. W pełni świadomie przyjmuję na siebie tę odpowiedzialność. I nie widzę powodu, żeby ukrywać fakt, że praca, którą się chwalę, jest nierzadko efektem zbiorowego wysiłku całego zespołu.

Moja była żona zarzucała mi czasem, że tak naprawdę „nic nie robię”, bo zawsze znajduję kogoś, kto wykona za mnie daną pracę. Domyślam się że podobna perspektywa jaki się w wielu ale z mojej perspektywy jest to po prostu efektywna współpraca i dzielenie się obowiązkami. Na wszystko nie starczyłoby doby – to po pierwsze. Po drugie, część osób ma ode mnie większe kompetencje w niektórych dziedzinach, więc zlecenie im danego zadania jest zwyczajnie konieczne, często mądrzejsze, a najczęściej zwyczajnie bardziej efektywne. Być może ktoś zapyta: „Czy to jest w porządku?”. Staram się zawsze docenić ich wkład – czy to w firmie, czy w życiu prywatnym. Jednocześnie, jeśli pod czymś się podpisuję, to jestem gotów odpowiedzieć za dany efekt. Podpis to nie tylko chęć zbierania pochwał – to także wzięcie na siebie całego bagażu konsekwencji, który się z tym wiąże. Nie ma tutaj miejsca na wstyd czy brak uczciwości – jeśli ktoś wykonuje pracę w moim imieniu, jestem świadomy, że to nadal na mnie spoczywa odpowiedzialność, a także że to ja w ostatecznym rozrachunku odpowiem za to jak moja praca została wykonana, nawet jeśli moja praca została wykonana w moim imieniu.

Uważam, że dużo uczciwiej jest otwarcie przyznać, że moja praca jest zespołowa, niż udawać, że wszystko robię sam i jestem super-bohaterem, który ogarnia każdy, nawet najdrobniejszy aspekt życia i działalności. Uważam że jest jeszcze uczciwiej powiedzieć że ja odpowiadam za pracę, w miejsce w którym inne osoby szukają "dupokrytek", zasłaniają się odpowiedzialnością innych lub bliżej nieokreśloną marką, która bezosobowo odpowiada za dany efekt. Wszyscy osiągamy więcej i lepsze wyniki, kiedy potrafimy współpracować i wykorzystywać talenty wielu osób, ale zbyt wielu z nas kryje się przed odpowiedzialnością w marce korporacji lub instytucji. Niewielu z nas potrafi wyjść i firmować ostateczny efekt swoim osobistym nazwiskiem oraz wziąć odpowiedzialność za końcowy efekt osobiście.

Może warto aby każdy z nas zauważył i nawet docenił to, że wszyscy poniekąd w pewnym sensie jesteśmy „produktem” naszego otoczenia. Tworzymy zbiorowo, współpracując ze sobą w mniejszym lub większym stopniu - inspirując a nawet kopiując od siebie elementy, które uważamy za godne powielenia, a nawet udoskonalenia. Nawet gdybym tego nie chciał, to gdyby nie osoby, które wspierają mnie na co dzień, ani ja, ani nikt inny nie byłby w stanie wymyśleć samodzielnie tylu rzeczy, które nie mogą być w całości, a które jednak podpisuję własnym nazwiskiem. Można to nazwać „własną marką”, albo nawet „kancelarią mojego nazwiska”, co już brzmi trochę nietypowo, ale w praktyce sprowadza się do tego samego, co dzieje się w każdej większej organizacji. Zbiorowy wysiłek daje efekty, a ja biorę za nie odpowiedzialność, dumnie przyznając, że sam bym tego wszystkiego nie potrafił udźwignąć, a jednak biorę za to osobistą odpowiedzialność. To jest moim zdaniem prawdziwa uczciwość, której często nam brakuje, gdy opowiadamy o naszych sukcesach.

Dziękuję wszystkim, którzy każdego dnia wkładają swój czas i energię w działania firmowane moim nazwiskiem. Bez Was to wszystko nie miałoby miejsca. A jeśli czytasz to teraz i myślisz, że też chcesz wprowadzić taką współpracę w swoje życie – zacznij śmiało. Po prostu zaangażuj wokół siebie ludzi, którym ufasz, i twórzcie wspólnie w Twoim imieniu. Bo praca zbiorowa pozwala nam osiągać rzeczy, o jakich w pojedynkę można by tylko pomarzyć.

https://www.zagozda.eu/kazdy-ma-swoje-miejsce/