Bez kategorii

Zajęcia przyszłości

· 5 minut czytania

Wiele osób obawia się że wraz z postępem automatyzacji pracy, ludzkości zabraknie zajęć. Nie zabraknie, bo powstaną nowe zawody, a na pewno nowe zajęcia. Obecne trendy pokazują w którą stronę będą zmierzać nasze zainteresowania oraz jak rozwijać mogą się nasze zajęcia w przyszłości.

Polski hazard w 2024 roku wszedł na poziom skali, którego nie da się już zbyć wzruszeniem ramion. Według danych Ministerstwa Finansów przychody branży hazardowej w Polsce w 2024 roku wyniosły 94,14 mld zł i były wyższe o 26,6% względem 2023 roku. W tej kwocie mieszczą się przychody wszystkich legalnych segmentów gier: kasyna online, zakłady wzajemne, salony gier, gry liczbowe i pozostałe kategorie regulowane ustawowo, a nie wyłącznie internetowe kasyna. Dla porównania (bardziej jako „kalibracja intuicji” niż twardy benchmark statystyczny) na książki Polacy wydają rocznie około 3 mld zł.

Warto od razu doprecyzować język, bo w tym obszarze bardzo łatwo o nieporozumienie: „przychody branży” to nie to samo co „stawki”, „obrót” ani „pieniądze włożone do gry”. W kasynach (zwłaszcza online) ta sama złotówka potrafi „krążyć” wielokrotnie w krótkim czasie, więc obrót (suma postawionych stawek) może być wielokrotnie większy niż przychód operatora liczony jako różnica między stawkami a wypłatami. To rozróżnienie będzie ważne za chwilę, gdy przejdziemy do porównania hazardu z giełdą.

Najmocniej rosnącym segmentem są kasyna online. Z danych przytaczanych w analizach rynkowych opartych o statystyki resortu finansów wynika, że przychody gier kasynowych online wzrosły o około 34–35% i przekroczyły 13 mld zł w 2024 roku (w jednym z podsumowań pojawia się wartość 13,03 mld zł oraz dynamika 34,7%). To tempo jest wyższe niż wzrost całego rynku, co zwykle oznacza, że kanał online nie tylko rośnie, ale też „przeciąga” zachowania konsumenckie z offline do online dzięki łatwości dostępu, krótszym cyklom decyzyjnym i lepszej optymalizacji konwersji w aplikacjach.

Zakłady bukmacherskie również są już ogromną pozycją w koszyku hazardowym. W samych przychodach branży z 2024 roku przytaczasz 16,5 mld zł przypisane do zakładów bukmacherskich i to jest rząd wielkości, który w praktyce pokazuje, że bukmacherka przestała być niszą, a stała się masowym produktem rozrywkowym z pełnoprawną infrastrukturą marketingową i technologiczną.

Z perspektywy społecznej najtwardszy sygnał brzmi tak: w Polsce hazard uprawia prawie co trzeci obywatel, a przeciętny gracz wydaje około 5,75 tys. zł rocznie (czyli ponad 480 zł miesięcznie). To są już kwoty, które w gospodarstwie domowym konkurują z budżetami na oszczędzanie, prywatną opiekę zdrowotną czy realną poduszkę bezpieczeństwa.

I teraz najciekawsze porównanie, bo ono działa na wyobraźnię: hazard wydaje się „wygrywać” z inwestowaniem na giełdzie, jeśli zestawić skalę zaangażowania finansowego przeciętnego uczestnika. W oficjalnym sprawozdaniu i omówieniach wyników Totalizatora Sportowego widać, że w samym państwowym kasynie internetowym (Total Casino) w 2024 roku „w grze było” około 50,6 mld zł stawek (dokładniej: gracze postawili łącznie 50,59 mld zł). Jednocześnie obrót wygenerowany przez inwestorów indywidualnych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie w 2024 roku był szacowany na około 43,1 mld zł (przy udziale inwestorów indywidualnych rzędu 13% w obrotach sesyjnych). To nie jest idealnie symetryczne porównanie (bo znów: „obrót” na giełdzie i „stawki” w kasynie to inne definicje), ale jako wskaźnik behawioralny pokazuje kierunek: łatwiej nam masowo „kupować emocje” niż budować ekspozycję na rynek kapitałowy.

W tle mamy jeszcze jeden czynnik, który często jest pomijany, a jest kluczowy: projekt podatkowo-regulacyjny. Na poziomie mikroekonomicznym uczestnik widzi prosty interfejs, promocję, bonus, szybki wynik i „szansę”. Natomiast na poziomie makro państwo ma jednocześnie bodźce fiskalne (podatek od gier, wpływy spółek Skarbu Państwa, opłaty licencyjne, kontrolę nad segmentami) oraz bodźce ograniczające (ryzyko uzależnień, koszty społeczne, presja polityczna). W praktyce te dwa wektory potrafią się wzajemnie znosić, co kończy się sytuacją, w której rynek rośnie szybciej niż zdolność systemu do amortyzowania szkód ubocznych.

No i na to wszystko nakłada się „kolejna fala”: moda na obstawianie na platformach predykcyjnych. W Stanach Zjednoczonych rośnie rynek kontraktów zdarzeniowych, gdzie użytkownicy nie tyle „grają w kasynie”, co handlują instrumentami opartymi o wynik wydarzeń (sport, polityka, gospodarka, popkultura). To pole jest dziś jednocześnie dynamicznie rosnące i regulacyjnie konfliktowe: przykładowo Kalshi ma spory z regulatorami stanowymi, a temat tego, czy jest to rynek finansowy pod nadzorem federalnym (Komisja Obrotu Giełdowymi Kontraktami Terminowymi, czyli Commodity Futures Trading Commission), czy de facto zakłady bukmacherskie wymagające licencji hazardowej, trafia na wokandę. Sam fakt, że wokół tych platform toczy się równoległa debata prawna, medialna i technologiczna, jest sygnałem, że „hazard w wersji 2.0” będzie próbował wejść do mainstreamu jako hybryda giełdy i zakładów.

Jeżeli spojrzeć na to perspektywicznie, widać dwie alternatywne ścieżki rozwoju. Pierwsza to dalsza gamifikacja ryzyka: więcej kanałów mobilnych, więcej personalizacji, więcej mikrozachęt i jeszcze krótszy cykl „bodziec–reakcja–nagroda”, a to wprost premiuje produkty hazardowe względem inwestycyjnych, bo inwestowanie z definicji ma dłuższy horyzont i słabsze wzmocnienie natychmiastowe. Druga ścieżka to finansjalizacja predykcji: platformy będą próbowały sprzedawać się jako narzędzie „agregacji informacji” i „wyceny prawdopodobieństwa”, czyli jako coś społecznie użytecznego, a nie rozrywkowego. Problem w tym, że nawet znani zwolennicy predykcyjnych rynków zaczynają publicznie krytykować kierunek, w którym te produkty skręcają, bo rosną tam bodźce typowo hazardowe (krótkoterminowość, sensacja, sport).

Na koniec zostawię tezę, którą warto podważać, zanim się ją zaakceptuje: pokochaliśmy hazard bardziej niż inwestowanie, a sama gra może być jednym z zajęć przyszłości, które zastąpią nam utratę zajęć na rzecz automatyzacji prowadzonej przez rewolucję sztucznej inteligencji. To może być prawda na poziomie masowych zachowań, ale nie musi oznaczać, że Polacy świadomie wybierają hazard zamiast giełdy. Bardziej możliwe jest to, że wybieramy produkt o niższej barierze wejścia, prostszym interfejsie decyzyjnym i natychmiastowej informacji zwrotnej. Giełda Papierów Wartościowych przegrywa nie tylko „ofertą”, ale też ergonomią doświadczenia użytkownika, edukacją finansową, kulturą rozmowy o ryzyku i zaufaniem do instytucji. Jeżeli więc mamy szukać wniosków praktycznych, to nie w moralizowaniu, tylko w projektowaniu: jak uczynić długoterminowe inwestowanie równie „obsługiwalne” i równie zrozumiałe, jak aplikację bukmacherską, bez udawania, że to ta sama gra.